Strony

sobota, 9 czerwca 2018

Epilog



   Coś się zmieniło. Wraz z jego odejściem ogarnęło mnie przerażające milczenie wszelkich zmysłów, jakie może posiadać człowiek. Byłam niczym i nie pragnęłam się nikim więcej stać. Samotność spowijała mnie jak pajęczyna, ciężka niczym mokry śnieg. Tak samo jak ta miłość dała mi nowe życia, tak z jego odejściem zostało mi wszystko bezpowrotnie odebrane.
   Cierpienie jest tylko skutkiem bólu. Umiejętność znoszenia bólu sprawa często, że uczymy się żyć bez ciągłego cierpienia. Ale to wymaga czasu. Nauka wstrzymywania bólu jest ciężka, jednak ja nauczyłam się przyjmować ból, aby mieć zwyczajne poczucie kontroli nad sobą i swoim życiem. Najgorsze chyba było w tym wszystkim to, że świat wydawał się nie widzieć mojej straty. Gazety, telewizja i wszelkie inne media pisały tylko i wyłącznie o śmierci Michaela Jacksona - jednak dziś, prawie trzynaście lat po jego śmierci nie ma już o tym ani słowa. Muzyka i legedna mimo iż wiecznie żywe, wpasowały się w wirujący świat wraz z śmiercią swojego twórcy. Ja tego nie zrobiłam. To widzi się wszędzie - w pustym kubku na herbatę, w nienoszonej parze kapci, w braku zapachu skóry na pościeli - po prostu wszędzie. A ty idąc chodnikiem widzisz, że to wszystko dzieje się i funkcjonuje bez niego. Nic się nie zmieniło poza bólem i rozpaczą rozsadzającą Cię od środa. Ptak siedzący na gałęzi śpiewa tym samym melodyjnym głosem, a kierowca autobusu znów przyjeżdża punktualnie na przystanek. Świat żyje, czas płynie, a Ty jesteś sam na sam ze swoim bólem, który jest najbardziej intymnym uczuciem na świecie. Możesz dzielic z ludźmi radość i euforię, ale nigdy nie bedziesz w stanie dzielić z nimi bólu jakiego doświadczasz.
    Nie sądziłam, że uporanie się z moim złamanym sercem będzie tak ciężkie, a jego skutkiem będzie częściowe odpłynięcie mojej świadomości podczas codziennej rutyny. Sen nie przynosił mi ukojenia, jedzenie nie smakowało jak dawniej, a muzyka która była całe życie moją pasją i pracą, sprawiała teraz nieopisany ból. Jednak z czasem nawet on stał się łatwiejszy do zniesienia - jednak nigdy nie zniknął.
    Problemem był również fakt, że z nikim nigdy o tym nie chciałam mówić. Wspominałam jedynie wydarzenia, ale nie to co czułam w środku. Cały czas uważałam, że ból nie potrzebuje żadnego opisu, jednak ignorowanie go wyrządzało mi coraz większe szkody. Nie można żyć z takim cierpieniem i pozostawać tym samym człowiekiem, a na pewno nie wewnątrz. Wspomnienia zabijały. Wspomnienia rozrywają człowieka na małe kawałeczki i nie pozwalają się poskładać znów w jedną całość. Mimo upływu tylu lat nie byłam gotowa na wspomnienia, a te pojawiały się za każdym razem gdy spoglądałam chociażby w stronę wieży Eiffla, która już nigdy nie będzie świecić dla mnie tak samo. Paryż mimo iż wciąż pozostawał taki sam, dla mnie ta magia odeszła wraz z jego najważniejszym mieszkańcem. 
    Na początku broniłam się przed tą miłością. Świadoma cierpienia po śmierci Evana nie chciałam znów przyeżywać tego wszystkiego na nowo. Ale miłość już taka jest, że nie przyjmujesz do wiadomości, że coś może się nie udać. Zapominasz swoje złe doświadczenia. Tak jak kobiety, które decydują się na kolejne dziecko, zapominając o bólu, jaki przeżyły podczas porodu. Na tym polega siła miłości, że święcie wierzysz, że tym razem będzie inaczej.
    Cała ta historia nauczyła mnie masy rzeczy i nie mówię tutaj tylko o samych naukach X. Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że można pokochać kogoś, kogo nie możesz zobaczyć. Nie wiesz jak wygląda, ile ma lat oraz nie znasz nawet jego prawdziwego imienia. Czyż nie brzmi to absurdalnie? Nawet miłość przez internet na więcej sensu, niż to co się wydarzyło w moim życiu. Pokochałam człowieka, który był w pewien sposób dla mnie kimś całkowicie obcym. Nagle znaczenie słów "Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" nabrało dla mnie całkiem nowego sensu. Dopiero z czasem zdałam jednak sobie sprawę, że ja wcale nie pokochałam Michaela Jacksona. Nie pokochałam człowieka o ciemnych oczach, kruczoczrnych włosach i delikatnej jak jedwab skórze. Pokochałam mężczyznę w masce z całą jego tajemnicą, której wcale nie chciałam poznać. I to za nim tak cholernie dziś tęsknię. Nie dbam o wielkieto artystę Michaela Jacksona, a brak mi zwykłego człowieka, który zakładając maskę nie udawał kogoś innego - dzięki niej mógł pozostać właśnie sobą. Mój X. Mój mężczyzna w masce.
   Nie wiem, czy byłabym w stanie uporać się i żyć z tym bólem, gdyby nie jeden mały element, jaki wraz z jego odejściem - zagościł na dobre w moim życiu.
- Mamusiu! Zobacz! - podniosłam wzrok znad książki, uśmiechając się w stronę małej, ciemnowłosej dziewczynki - Zobacz co złapałam - odparła podekscytowana, po czym otworzyła piąstki ukazując małego, zielonego konika polego - Mogę go zatrzymać?
- Kochanie, konik będzie szczęśliwy tutaj na łące, a nie w murach Paryża - uśmiechnęłam się słabo, całując córkę w głowę.
   To właśnie dla niej zapragnęłam żyć na nowo. Dla jej ciemnych jak węgiel oczu i melodyjnego głosu, który tak uparcie przypominał mi głos ukochanego. Żyłam teraz dla najpiękniejszego daru, jaki mógł zostawić mi po sobie X. Podarował mi córkę. Podarował mi Esterę.


"Dobrze widzi się tylko sercem,
najważniejsze jest niewidoczne dla oczu."



   Kochani i tak oto dobiegło końca opowiadanie Man in the Mask!
   Ja wiem, że większość z was ma ochotę mnie ubić za to jak zakończyłam to opowiadanie... Jednak plan taki był już od pierwszego rozdziału (nawet w prologu szło się domyśleć, że Mike tam nie żyje). Po pierwsze nigdy nie spotkałam się z fanfic o MJ gdzie on umiera, a po drugie cały zamysł tej historii się sprowadzał właśnie do tego.
   Jak wiecie postacie były insporowane filmem V jak Vendetta, który bardzo kocham <3 Spotkałam sie z opiniami, że niby chamsko zerżnęłam fabułę (kompletnie nie wiem w jaki sposób, ale ok xD), jednak mimo iż nie wyszło to wszystko tak jak planowałam, to jestem chyba zadowolona z całokształtu historii Amandy i X. Chciałam tutaj ukazać nieszczęśliwą i zagubioną kobietę, która odnajduje na nowo pewien sens w życiu. Dodam, że nie należę do osób, które wierzą że Michael gdzieś tam żyje i się faktycznie ukrywa, jednak chyba właśnie tak to sobie wyobrażam na swój sposób. Jak pewnie zauważyliście nie tylko Amanda przeszła przemianę - ale nasz X z człowieka zamkniętego i odpychajacego wraz z rosnącym uczuciem zaczął się otwierać i ulegać Amandzie.
   Być może mogłam rozbudować to opowiadanie jeszcze bardziej, dodać kilka rozdziałów i wymyśleć kolejne "przygody", jednak stwierdziłam, że ciągnięcie na siłę mija się z jakimkolwiek celem. Sama nie lubię jak ktoś pisze opowiadanie na siłę, ma już 70 rozdziałów i końca nie widać, nowe wątki są wymyślane na siłę i człowieka męczy już cała opowieść. Dlatego zostawiam to tak jak jest - z całą niedoskonałością tego opowiadania i bohaterów jakich wykreowałam.
  Mam nadzieję, że mimo smutnego zakończenia Man in the Mask was nie zawiodło i będzie to opowiadanie inne od reszty fanfic - bo do tego też dążyłam. Chciałam stworzyć coś co odbiega od standardowego opowiadania z Michaelem Jacksonem. Ale czy to się udało? Opinię pozostawiam wam.
   A teraz na koniec proszę was, aby każdy czytelnik co wytrwał do końca napisał tutaj co mu się podobało i co się zdecydowanie nie podobało w całej tej historii. Ja mimo iż opowiadanie kończę to wciąż tutaj jestem i czytam wasze komentarze, które kto wie... Może mnie jeszcze z czasem zmotywują do napisania kolejnego opowiadania?:)

Pozdrawiam,
Patrycja:)